września 30, 2015

3 sekundy


     Dzisiejszy post miał być o czymś całkowicie innym, ale przecież jest to także mój internetowy pamiętnik. Ja w swoim papierowym dzienniku zapisywałam wszystko, nie tylko te dobre chwile, ale również te złe. Może nie jest to zdarzenie, które chciałabym pamiętać, chociaż wiem, że łatwo o nim nie zapomnę, ale wydaje mi się, że warto o tym opowiedzieć.
    Na snapie jessmili (@jessmilia99) opowiedziałam o wypadku, który miał wczoraj miejsce. Na nieszczęście to właśnie ja, wraz z moimi koleżankami, brałam w nim udział. Stałam na przodzie autobusu delektując się Beskidzkimi Łakociami (to nie jest lokowanie produktu!) tyłem do szyby i nie miałam pojęcia, że już za chwilę wyląduję na podłodze. Początkowo myślałam, że to po prostu gwałtowne hamowanie i zaraz ktoś z przodu mnie złapie, bo przecież ze mnie taka ciapa, że i tak się przewrócę, ale nie. Leciałam dalej i dalej, a czas zaczynał się wydłużać, widziałam szkło, które leci w moją stronę, ale nie słyszałam nic. Jedyna myśl w mojej głowie to "zaraz zginiemy".
Te 3 sekundy to były najdłuższe sekundy mojego życia.

    Siła uderzenia była naprawdę duża, dziwię się, że wgniecenie na autobusie było tak małe, samochód także prawie nie ucierpiał. Ja i moja znajoma wylądowałyśmy na podłodze. Pod moją ręką były kawałki szkła, a ja myślałam tylko o tym, że to wcale nie był tak poważny wypadek, jak myślałam i że żyję. Naprawdę najpiękniejsze uczucie, jakie może towarzyszyć człowiekowi. Początkowo nie odczuwałam żadnych wyraźnych skutków upadku oprócz problemów z oddychaniem i mocnego obicia pośladków, ale niestety z czasem wszystko zaczęło wychodzić...
    Jestem dość mocno obita, ale przede wszystkim już spokojna. Siedzenie sprawia mi lekki dyskomfort i mam pewne problemy z ręką, ale czuję się o wiele lepiej. Bardzo dziękuje wszystkim za miłe słowa i życzenia. Napisałam tego posta głównie po to, żeby sobie uzmysłowić, jak kruche jest życie. Nigdy nie wiemy, czy nagle nie wjedzie w nas inne auto lub czy nie zdarzy się po prostu inny incydent. U mnie na szczęście skończyło się to niegroźnym wypadkiem, ale dobrze wiemy, że nie jest tak zawsze.










września 26, 2015

Popołudnie z Olą!


     Nie macie pojęcia, jak bardzo cieszę się z tego weekendu. Oczywiście każdy jest powodem do radości, ale ten tydzień wyjątkowo dał mi w kość. Nie mówię już o samej szkole, ale zapalenie krtani nieźle mnie podłamało i pod względem fizycznym, i psychicznym. Na szczęście moje zaległości są praktycznie zerowe. Nie wiem, jak to się stało, ale czuje jakby ani jedna lekcja mi nie umknęła!
     Świętując wolność postanowiłyśmy z Olą zrobić sobie nasz typowy dzień! Polega on najprościej w świecie na pójściu do restauracji (w tym przypadku Efez) i zjedzeniu ogromnych ilości jedzenia! Uwierzcie mi, że zjadłyśmy ogromne porcje makaronu... W moim przypadku było to Spaghetti Carbonara, a Ola natomiast pochłonęła ogromny talerz grillowanego kurczaka z penne, szpinakiem i parmezanem... Oba dania były przepyszne!
    Żeby tradycji stało się za dość, na koniec pojechałyśmy do jednej z lepszych kawiarni w naszym mieście i zamówiłyśmy napoje! Ja skusiłam się na czekoladowego shake'a (który niczym nie przypomina tych z McDonalda, bo naprawdę smakuje czekoladą!), a Ola zamówiła koktajl malinowy. Oczywiście mój wybór okazał się tym smaczniejszym!
    Bardzo się cieszę, że w naszym mieście otwiera się coraz więcej kawiarni, które mają swój oryginalny klimat i wystrój. Nie tylko jedzenie i napoje są tutaj przepyszne, ale także samo wnętrze stwarza niepowtarzalny nastrój. Design jest cudowny, a mury budynku wypełnia klimatyczna muzyka, co sprawia, że można tam siedzieć godzinami... W dodatku od czasu do czasu organizowane są występy na żywo! Radzę wam szukać tego typu miejsc w w swoich miastach. Czas tam spędzony jest o wiele przyjemniejszy od tego, który marnujemy w galeriach i sieciówkach z niezdrowym jedzeniem.









Chciałabym Was także zaprosić do zaobserwowania mnie na Instragrmie @kamoblog
oraz polubieniu Fanpage'a na Faceeboku! 

września 21, 2015

Im mniej, tym więcej


     Im mniej makijażu, tym więcej masz czasu. Dwa lata temu, gdyby ktoś mi powiedział, że napiszę notkę tego typu, śmiałabym się głośno i nieprzerwanie. Jednak wszystko się zmienia- w tym my i nasze poglądy. Kiedy oglądam lub czytam historie dotyczące makijażu moich rówieśniczek, na ogół z wiekiem dodają one kolejne elementy do swojej codziennej rutyny. W moim przypadku jest zdecydowanie odwrotnie. 
    Niestety swoją buzię zaczęłam kamuflować już w 6 klasie podstawówki. Miałam wtedy problemy z cerą i był to zdecydowanie okres, gdy te niedoskonałości najbardziej dawały się we znaki. Stąd zaczęłam używać punktowo korektora. Z czasem wymieniłam go na podkład, a później już tylko dołączałam tusz, pomadkę, puder. W 3 gimnazjum sporadycznie wzbogacałam moje powieki o kilka kolorów, najczęściej były to kolory nude, które nie rzucały się w oczy, ale po prostu czułam się...lepiej?
     Teraz ciężko mi na to patrzeć z tej samej perspektywy. Kilka ruchów pędzlem sprawiało, że czułam się o wiele ładniejsza. Takie zadanie ma chyba pełnić makijaż- zakryć nasze kompleksy i podwyższyć samoocenę. Myślę, że nadal dokładałabym sobie coraz więcej czynności do porannej rutyny, gdyby nie moje lenistwo. Tak, właśnie o nie chodzi. Miałam do wyboru- pospać 10 minut dłużej lub iść do szkoły pięknie pomalowana z dobrym samopoczuciem. Jestem ogromnym śpiochem, więc chyba oczywiste, co wybrałam.
    Z czasem zaczęłam eliminować to, co uważałam za zbędne. Przestałam malować rzęsy, puder poszedł w niepamięć, pomadki zamieniłam na balsamy do ust, a cienie zostawiam na specjalne okazje. Jedyne, z czym się nie rozstaję do teraz, to podkład. Muszę się jednak pochwalić, bo aktualnie nawet bez niego nie wstydzę się wyjść z domu! Bardzo prawdopodobne, że niedługo, gdy moja cera dojdzie do stuprocentowego porządku, będę się pokazywała wszystkim kompletnie bez makijażu! A ponadto, nawet bez niego, czuję się ze sobą dobrze!








września 18, 2015

Szpinak może być smaczny


     Każdy, kto mnie zna, wie jak bardzo lubię gotować. Specjalistką kulinarną nie jestem i nie planuję udziału w MasterChefie, ale jest to zdecydowanie coś, co mogłabym robić całymi dniami. Nie mówiąc już o tym, jak przyjemnie jest potem zjeść, coś, co zrobiliśmy własnoręcznie. 
     Podczas moich wakacji w Bułgarii bardzo często chodziliśmy do restauracji. Przyznam szczerze, że momentami czułam się jak prawdziwy krytyk kulinarny! Zamawiałam potrawy, które umiałam wykonać samodzielnie i w głowie wyobrażałam sobie, co napisałabym na mojej stronie, gdybym oceniała daną restaurację!
     Ostatnio bardzo wkręciłam się w zdrowe odżywianie. Nie chodzi tu o żadną dietę ani liczenie kalorii! Wręcz przeciwnie, nie patrzę na to. Wszystkie programy dotyczące tego, z czego jest jedzenie, czego unikać i jakie produkty są szkodliwe, znam na pamięć. Przed zakupieniem nawet najzwyklejszych towarów czytam ich skład. Zamieniło się to w pewnego rodzaju manię, ale myślę, że zdecydowanie na plus! Mogę się pochwalić, że całkowicie zrezygnowałam z fast-foodów, słonych przekąsek i od tygodnia mam odwyk od słodyczy! Dobrze się trzymam i nie mam zamiaru tego zmienić.
    Dlatego też zaczynam kombinować z sałatkami! Szpinak zawsze lubiłam, w każdej postaci- w pierogach, naleśnikach, śmietanie, ale nigdy nie próbowałam surowych liści szpinaku. W końcu jednak przełamałam się i stwierdziłam, że idealnie połączy się on z mozarellą i truskawkami, które nadadzą całości słodkiego smaku. Całość jest naprawdę bardzo sycąca, ale polecam tę sałatkę każdemu miłośnikowi szpinaku!







września 15, 2015

Czy rozszerzenia są takie straszne?


     Bardzo miło jest mi stwierdzić, że jestem zadowolona z tej sesji! Naprawdę dawno nie zaczynałam żadnego postu w ten sposób i brakowało mi prawdziwej "dumy" z tego, co chcę tutaj opublikować. Tym bardziej jestem zadowolona z tego, że powróciłam do regularnego pisania, czyli standardowo w roku szkolnym- co 3 dni!
     A skoro mowa o tych wspaniałych dziesięciu miesiącach, które spędzają nam sen z powiek, chciałabym wam opowiedzieć, jak to jest, kiedy w liceum zaczynają się rozszerzenia. Wiem, że wiele z was w tym roku zaczęło naukę w szkole ponadgimnazjalnej. Co za tym idzie, nauka staje się coraz bardziej wymagająca. Jednak pierwsza klasa to tak naprawdę przedsmak tego, o co chodzi w przygotowaniach do matur. Pierwszy rok tutaj raczej nazwałabym kontynuacją gimnazjum, ale w nowym otoczeniu i z odrobinę większymi wymaganiami. 
     Jestem na profilu mat-fiz-ang, co oznacza, że właśnie te trzy przedmioty mam rozszerzone. Pewnie zastanawiacie się, ile godzin w tygodniu zajmują mi konkretne przedmioty. W tym roku  mam 9 godzin matematyk, 6 godzin fizyki i 6 godzin języka angielskiego. Oznacza to, że codziennie mam każdy z tych przedmiotów i wszystkie dni są mówiąc najprościej- takie same. 
     Jedyną odskocznią i "oderwaniem się" od rzeczywistości są lekcje niemieckiego, religii czy historii i społeczeństwa (przedmiot uzupełniający). Mogę was jednak zaskoczyć, bo dla mnie druga klasa jest o wiele przyjemniejsza! Nie muszę męczyć się już z tymi wszystkimi przedmiotami, których nigdy nie lubiłam. Zostało jedynie to, co lubię (plus niemiecki). Także nie ma co się bać, bo taki rozkład zajęć ma wiele plusów! 

















Uwaga! Jak mogliście już zauważyć wygląd bloga został zmieniony, a adres skrócony! Bardzo proszę o szczere opinie dot. nowego designu oraz o odpowiedź na jedno pytanie:

Czy po zmianie adresu moje posty wyświetlają się na liście czytelniczej?
Jeśli nie, usuńcie mnie z obserwowanych i dodajcie ponownie!